skończyła mi się dobra kawa i mam w domu tylko niedobrą :( nie lubię tej niedobrej, bo jest niedobra, a dobrej nawet w sklepach nie ma, a nawet jak jest to wołają za nią wariackie pieniądze. muszę na all zamówić. wezmę dwa kilo, zeby zniwelować nieco koszty przesyłki.
totalnie zdesperowana brakiem dobrej kawy wpadłam do sklepiku z kawą na wagę. noooo... tam to można szaleć, ale też drożyzna. wzięłam 200gram na próbę arabikę z papui nowej gwinei - kawka miodzio, cena mniejsze miodzio :/ kurde, w dupie się poprzewracało! kiedyś to kawa jaka by nie była była dobra, bo BYŁA. a teraz jakieś wymagania... średnio mocna, o czekoladowym aromacie, kremowa... ehh... ale cóż.. chciałam ekspres to mam i broń boże nie żałuję, ale wkurza mnie to, że dobra kawa jest tak droga!
dobiega końca mój przymusowy urlop. od poniedziałku znów do pracusi - bleee... mogłabym wcale nie pracować, albo pracować sobie w domku. hmm... tylko że taka praca w domku wymaga duuużo samodyscypliny z czym mam czasami duży problem :D
kadrowa wysłała mnie na urlop, bo miałam 13 dni zaległego urlopu - szef nie miał zadowolonej miny. od koleżanki wiem, że chodził i co chwila pytał kiedy wracam z urlopu. hehehe!
ojciec sprząta mi od tygodnia piwnicę :) super! dobrze, ze się zaoferował, bo nie było już jak do niej wejść, a tak wczoraj powiedział mi, ze jest prawie już gotowa, tylko jeszcze trochę rzeczy musi powywozić. zażyczyłam sobie miejsce do składowania opon zimowych :)
chciałabym:
- żeby było już ciepło,
- żeby było zielono,
- żeby świeciło słonko,
- żeby był dłuższy dzień,
- żeby nie trzeba było skrobać szyb w samochodzie z rana.
chciałabym zrzucić ciepłe ubrania, ubrać czółenka, zachwycić się wiosną...
a dzisiaj znów padał śnieg :(
Jakiś tydzień temu moi rodzice znaleźli dzikiego, zabiedzonego jenota za blokiem. Ojciec rzucił mu troszkę mięska (podwędził z porcji przeznaczonej dla piesaki) i jakieś resztki z obiadu. Jenot zjadł wszystko. Na drugi dzień, jenot postanowił zwiedzić miasto. I to było niezbyt rozważne z jego strony, bo w okolicach sklepu mięsnego został zauważony przez stado rozszalałych ludzi. Otoczyli jenota, coś krzyczeli, machali rękami uzbrojonymi w reklamówki z Fraca. Jenot wystraszony przycupnął przy murze. Patrzył na ten tłum zupełnie nie rozumiejąc co się dzieje. Przerażony szukał wzrokiem jakiegoś wyjścia. Wezwano policję.
Akurat przechodziła tamtędy moja mama, przystanęła zaciekawiona niecodziennym zbiegowiskiem. Policja już była na miejscu, ale sami nie wiedzieli co mają ze zwierzakiem zrobić, więc będąca na „miejscu zdarzenia” policjantka zadzwoniła do pani Beaty – lokalnej weterynarz. Zaczeła mówić, że znaleziono dzikie zwierze w mieście, ale co to jest to sama nie wiedziała. Moja mama stała w pobliżu i słysząc tę wymianę informacji podpowiedziała, że to jenot jest. Na te słowa stojący obok czerwononosy bywalec żabki wybełkotał: „a skąd Pani wie, że to jenot?” Na co moja mama odparowała: „bo sobie sprawdziłam w encyklopedii” :)
Po przyjeździe p. Beaty jenot sam posłusznie wszedł do klatki - chyba miał dość rozwrzeszczanego tłumu.
Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo mi, że jenot je za dwóch, wygrzewa się przy olejaku, kuruje się i warczy na panią wet :) Normalnie sanatorium ma ! :D
A! Jeszcze ciekawostka z miasta: jenot został wizięty za szopa oraz..... JEŻOZWIERZA :D :D :D
wczoraj popełniłam pierwszą w życiu lokatę - założyłam ją w celu uchronienia kasy przed wydaniem, no bo to kasa na wyjazd jest :) zaliczka zapłacona, a reszta do wpłaty na 3 tyg przed wyjazdem. jako, że do wyjazdu duuużo czasu, to możliwości nadmiernego wydania kasy jest całe mnóstwo i trzeba był temu jakoś zapobiec.
walizka i nowy strój kąpielowy kupione, jeszcze mam smaka na białe klapusie z victorii, ale poczekam aż koleżanka będzie robić zamówienie z VS i się do niej dołączę - zawsze to mniejsze koszty - trzeba oszczędzać ;)
kurcze... spotkałam na mieście kilka dni temu koleżankę i jakoś takie mam złe przeczucia... chyba u niej niezbyt ciekawie, bo taka strasznie zgaszona była... ale jest tak "zasznurowana", że nic nie powie, dusi wszystko w sobie :(
zapraszałam ją do siebie, na nasze "sabaty czarownic", przynajmniej by się pochichrała, ale nie była zainteresowana - szkoda, może by choć na chwilę odzyskała luz.
znowu zrobiło się biało. myślałam, że może zima da sobie już spokój i nie będzie atakować śniegiem, ale niestety moje nabożne życzenia nie ziściły się.
pan R chory, a mieliśmy się spotkać w tym tygodniu. najpierw się porozbijał samochodem, a teraz leczy przewlekłe zapalenie ucha. co prawda zapraszał mnie do siebie, ale jakoś nie bardzo chcę tam jechać.
za to muszę w końcu odwiedzić mojego zleceniodawcę Z-ta, bo siedzę bezrobotnie i przydałoby się jakieś zleconko :) nie chciałam tam jeździć w tamtym tygodniu, bo u nich w biurze istny szpital był - wszyscy chorzy, a ja jeszcze doleczam swój katares więc nie chciałam sie dobić na amen jakimś choróbskiem.
chyba kupię sobie bransoletkę złotą... już kilka lat za mną chodzi, a wczoraj byłam w aparcie i dwie rzuciły mi się w oczy: jedna z wyprzedaży, a druga z normalnej kolekcji. podjadę tam dzisiaj i pooglądam jeszcze.
no to postanowione !
wczoraj na "rytualnym" sabacie czarownic zapadła decyzja - jedziemy na wakacje na Kos!
fajna ekipa nam się uzbierała - międzynarodowa: sześć osób z polski, w tym jedna mieszkająca na stałe we francji, a druga właśnie zjechała ze stanów, do sześciu polaków dojdzie jeszcze jedna albanka mieszkająca we francji i francuz pochodzenia arabskiego :)
szykuje się fajny wyjazd, tym bardziej, że Kos jest strasznie małą wyspą i popularnym środkiem transportu jest skuter, który można na każdym rogu wypożyczyć.
i właśńie tym środkiem transporu będziemy się przemieszczać, bo nie ma sensu wypożyczać samochodu. poza tym planujemy wyskoczyć na jeden dzień do turcji do bodrum na bazar - już się cieszę na ten wyjazd!
muszę w końcu kupić walizkę!!!!!
skomentuj (0)
święta, święta i po świętach :)
długie lenistwo połączone z "wyprzedażowym" wypadem do wawy zakończyło się dzisiaj o godzinie 6:05 uporczywym brzęczeniem budzika :/
stwierdzam, że mam alergię na pracę - właściwie to może nie na pracę dosłownie, ale na miejsce pracy. tyle co weszłam do biura dopadł mnie katar totalny i jestem zatkana całkowicie do chwili obecnej.
może trzeba jakąś loratadynkę przyjąć?? ale to może jutro, przed pracą.
warszawskie zakupy zakończyły się umiarkowanym powodzeniem - trochę sweterków, jakaś marynarka, bielizna, trochę kosmetyków i lampa z almi do sypialni :) dobrze, ze mnie nie podkusiło, żeby kupować ją jak jechałam do wawy tylko w drodze powrotnej, bo chyba by mnie szlag najjaśniejszy trafił.
wracając z wawy wstąpiłam jeszcze raz do outletu w piasecznie i moja lampa była przeceniona o 50% w stosunku do ceny sprzed dwóch dni! takie zakupy to ja lubię baaaardzo :D
jutro jeszcze tylko zadzwonię do pana elektryka i umówię się na jej instalację i będzie pięknie! kurcze, żebym sobie nie zapomniała, że jutro muszę podjechać z obrazami do oprawy, bo już wiszą bez ram za długo i w końcu należałoby coś wybrać...
jako że zakupy w wawie były umiarkowanie udane, to pozwoliłam sobie na realizację kolejnego swojego odwiecznego marzenia - kupiłam ekspres do kawy, taki wypaśny, z młynkiem, końcówką do capuccino i wogóle! normalnie jestem fanką kawy z ekspresu!
tylko co ja zrobię z tymi słoikami załadowanymi kawą rozpuszczalną? hmm... nawet w pracy nie mam ochoty na te popłuczyny po prawdziwej kawie...
a tak swoją drogą, to niektóre sklepy dają taką masakryczną marżę na bieliznę, że w szoku jestem. w sklepach internetowych można kupić dokładnie to samo za połowę ceny! dobrze że mnie nie podkusiło i nie dokupiłam do stanika stringów w sklepie stacjonarnym (119zł), bo dzisiaj znalałzam je na necie za 63zł już z przesyłką - uff... oczywiście zamówiłam :) będę miała śliczny komplecik.
Chciałam wszystkim życzyć
pogodnych, rodzinnych, spędzonych w ciepłej atmosferze domowego ogniska
Świąt Bożego Narodzenia,
mnóstwa uśmiechów, hojnego Aniołka i samospełniających się marzeń!
co za dzień!
najpierw telefon od ojca o 6:35 (rano!), żebym mu w ekspresowym tempie zamówiła lusterko do samochodu, bo jakaś świnia mu urwała. no tak... tyle że teraz poczta i kurierzy mają gorący okres, bo święta, śnieg i paczek ogólnie dużo więcej i masakra jest generalna.
no nic - zamówiłam, a pan obiecał, że dzisiaj wyśle i powinno jutro przyjść - pożyjemy zobaczymy.
Ż się nawyżymał, że nie ma takich kształtek na wodociąg jak ja zaprojektowałam - ja twierdzę, że są, nawet do producenta dzwoniłam i potwierdziłam to info, ale nie został przekonany i musiałam zmieniać trzy odcinki wodociągu.
w pracy przeprowadziłam frontalny atak na szefa o urlop "międzyświąteczny" nie bardzo miał jak się wykręcić, bo zostało mi jeszcze 19 dni niewykorzystanego urlopu i chąc nie chcąc przyjął do wiadomości moją absencję :D
a później to już poszło wszystko lawinowo: załatwiłam niezły rabat na czarodziejską deskę sedesową dla koleżanki i po pracy pojechałyśmy ją odebrać z hurtowni. w hutrowni natknęłam się na S (faceta z którym kiedyś gruchałam) - udałam że go nie widzę :D:D no kurde - mam pecha, ale tak to jest jak się zadajesz z ludźmi z branży :/
po hurtowni podjechałam do rosmana bo mi się chusteczki skończyły i tak mnie coś podkusiło, żeby podejśc do mojej fryzjerki. ja tylko chciałam się umówić na malowanie i strzyżenie na "po świętach".
ale jakoś tak wyszło, że wylądowałam na fotelu i z marszu zostałam umalowana i ostrzyżona - do domu dotarłam na 19 - nieźle.. myślę sobie, zrobię sobie czekoladową kąpiel i odpocznę.. nic z tego! tyle co się poprzebierałam w szlafroczek zapukała do mnie A i musiałyśmy obgadać pewną arcyważną sprawę.
znowu mam niechcieja, idę do wanny i spać :)
a moja książka leży napoczęta i czeka aż łaskawie wrócę do jej czytania...
P.S. masło czekoladowe nie spełnia moich oczekiwań - pachnie zbyt słodko, taką mocno mleczną czekoladą z dodatkiem kremu z orzechów laskowych. muszę zrobić porządki w kosmetykach - rozdać to czego nie używam, bo brakuje mi miejsca na nowości :D
czas trochę posprzątać tu przed świętami. powycierać kurze, zawiesić nowe firanki...
nie lubię zimy. jest zimno i szybko się ciemno robi. brak mi wtedy sił witalnych i wogóle nic mi się nie chce.
mam dokończyć ostatni chyba w tym roku projekt, ale tak mi się nie chceeeee.... nie potrafię się zmusić...
pewnie znów skończy się na tym, że dostanę cynk, że na "jutro" ma być gotowy i będę siedzieć nocami przy kompie.
w sumie nie mam dużo roboty, ale......
jeszcze 4 dni pracy i święta, i urlop :D pojadę do sis na zakupy - dawno nie byłam na zakupach "globalnych" i czuję wewnętrzny głód!
ciekawe czy coś ciekawego uda mi się upolować.
ostatnio zachorowałam na zapach CZEKOLADY. uwielbiam!!! kupiłam peeling czekoladowy, żel pod prysznic czekoladowy, czekoladowe mleko do kąpieli i jako wisienka na torcie doszła do tego zestawu jeszcze prefuma o zapachu czekolady :) mniammmm!
a w czwarteczek gonię na zabieg czekoladowy do kosmetyczki :D miałam iść na zabieg w piątek, ale pani monice się czekolada skończyła i muszę czekać na świeżą dostawę - poczekam, bez problemu. nawet lepiej, że taki zabieg zafunduję sobie zaraz przed świętami.
Ż mówił ostatnio coś o kuligu w lesie - fajnie by było. tylko żeby temperatura się nieco podniosła, bo nie uśmiecha mi się kuligowanie przy -15st. niby domek myśliwski jest ogrzewany, a i w domku rozgrzewacze będą, ale mimo to taka temperatura nie zachęca do długotrwałego przebywania na zewnątrz.
muszę trochę ż-ta przycisnąć, żeby się z tego pomysłu nie wycofał :) tam w lesie jest tak pięknie, że aż chce się tam być!
z ostatniej chwili: do kolekcji czekoladowej doszło czekoladowe masło do ciała :)
dobra - biorę się za robotę - trza przerzucić wodociąg na drugą stronę drogi :/